Kategoria: Wolne myśli

  • #3 – Po co ten pośpiech?

    Niektóre pytania przychodzą niespodziewanie. Nie wtedy, gdy analizujesz plan treningowy. Nie wtedy, gdy porównujesz wykresy tętna i tempa. Przychodzą wtedy, gdy jesteś w ruchu, ale nie pędzisz. Spacerujesz. Oddychasz. Idziesz przez las, a myśli płyną własnym rytmem.

    Tak właśnie pojawiło się u mnie pytanie, które od tamtej chwili wraca regularnie:

    Po co właściwie tak się spieszymy w bieganiu?

    Niby proste. A jednak im dłużej o nim myślę, tym więcej widzę warstw. Zwłaszcza teraz, gdy coraz bardziej ciągnie mnie w stronę długich tras, gór, dzikiej natury i biegów, w których zegarek staje się tylko jednym z wielu elementów układanki — a nie jej centrum.

    Wszyscy zaczynamy podobnie

    Historia wielu biegaczy ma wspólny początek. Najpierw jest niewinna decyzja: „spróbuję pobiegać”. Potem pierwszy cel: pięć kilometrów bez zatrzymywania. Dziesięć. Pierwsze zawody. Pierwszy medal. Pierwsza meta.

    Pamiętam swój debiut na 10 km w Łodzi — bieg towarzyszący maratonowi. Wbieg do Atlas Areny.

    Światła. Kibice. Głośniki. Serce bijące szybciej niż nogi. I ta chwila, gdy przekraczasz linię mety, nawet z przeciętnym wynikiem — ale z poczuciem, że zrobiłeś coś dużego.

    To uczucie potrafi uzależnić.

    I nagle pojawia się kolejny krok. Chcę szybciej. Chcę lepiej. Chcę poprawić życiówkę. Ambicja jest naturalna. Wręcz piękna. Popycha do rozwoju. Do przekraczania granic. Ale gdzieś po drodze łatwo wpaść w pułapkę — że bieg zaczyna być wyłącznie projektem do realizacji.

    I wtedy pojawia się pytanie:

    Czy naprawdę muszę się tak spieszyć?

    Tempo kontra doświadczanie

    Treningi tempowe są potrzebne. Interwały budują formę. Akcenty rozwijają prędkość. Plan treningowy daje strukturę. Ale jest w tym wszystkim coś, czego nie da się wpisać w tabelkę. Coś, co nie mieści się w kolumnie „średnie tempo”. Bo szybkie bieganie skupia uwagę do środka.

    Na oddech.

    Na nogi.

    Na pracę ramion.

    Na tętno.

    Świat zewnętrzny znika. Nie zauważysz wtedy świateł zachodu słońca między drzewami. Nie usłyszysz trzasku gałęzi pod stopami. Nie spojrzysz w oczy mijanemu biegaczowi. Nie zatrzymasz się, by powiedzieć „cześć” znajomemu na trasie.

    W szybkim biegu jest moc. Ale w wolnym biegu jest obecność. A obecność bywa cenniejsza niż sekundy.

    Góry uczą pokory

    Gdy zacząłem coraz bardziej interesować się biegami górskimi, usłyszałem zdanie, które zapadło mi w pamięć:

    „W górach nie liczy się tempo. Liczy się czas spędzony na trasie.”

    I nagle wszystko stało się logiczne. W lesie, na śniegu, na błocie, na kamieniach — nie da się biec równo. Nie da się kontrolować każdej minuty na kilometrze. Trzeba słuchać terenu. Trzeba słuchać ciała. Trzeba zaakceptować zmienność. I wtedy wolniejsze bieganie przestaje być oznaką słabości. Staje się językiem, którym rozmawiasz z trasą.

    Niedosyt zamiast wyczerpania

    Jest jeszcze jedna idea, która mocno we mnie rezonuje: kończyć trening z lekkim niedosytem.

    Tak, żeby wrócić do domu zmęczonym, ale nie zniszczonym.

    Tak, żeby po prysznicu pojawiła się myśl:

    „Kurczę… jutro też chcę wyjść”.

    To zupełnie inna energia niż ta, gdy wracasz z treningu, siadasz i masz tylko jedno pragnienie — żeby przez dwa dni nie widzieć butów biegowych.

    Bieganie wtedy staje się naturalnym rytmem życia. Nie obowiązkiem. Nie zadaniem. Czymś, na co się czeka.

    Zimowy las i ślady sarny

    Kilka dni temu wyszedłem na spokojne, piętnastokilometrowe wybieganie w lesie. Trasa dobrze mi znana. Ale tego dnia las wyglądał inaczej. Śnieg. Cisza. Miękka biała warstwa przykrywająca wszystko. Pod stopami nierówno. Momentami ślisko. Buty mokre. Palce chłodne. Biodra i stabilizacja pracujące non stop. Technicznie — trudny trening. Ale w głowie… spokój.

    W pewnym momencie odbiegłem nieco od grupy. Przede mną pusta ścieżka — nienaruszona, jakby nikt jeszcze tego dnia tamtędy nie szedł. Gładka pierzyna śniegu. A po kilku metrach — ślady. Małe, lekkie. Sarna.

    I nagle coś kliknęło.

    Wyobraźnia podsunęła obraz: biegnę za nią. Tropię ją. Jestem częścią lasu. Oddychamy tym samym powietrzem.

    To było krótkie. Ulotne.

    Ale prawdziwe.

    I wiem, że gdybym wtedy biegł interwały — nigdy bym tego nie przeżył.

    Las jako dom biegacza

    Uwielbiam biegać tam, gdzie jest więcej drzew niż ludzi. Arturówek. Las. Dzikość. Naturalność. Nie park z idealnymi alejkami. Nie asfaltowa ścieżka między blokami. Tylko ziemia. Korzenie. Zapach igliwia. Szum wiatru. Zmieniające się pory roku.

    W takich miejscach przypominam sobie, że bieganie nie zostało wymyślone na stadionie. Zostało wynalezione w naturze.

    Ciało pamięta.

    Toskania — bieg i podróż

    Przede mną wyzwanie: bieg górski w Toskanii. Region, który uwielbiam. Wzgórza, winnice, oliwki, kamienne miasteczka, ciepło ludzi i zapach lokalnej kuchni.

    Wiem, że będzie ciężko. Wiem, że przyjdą kryzysy. Wiem, że ambicja będzie szeptać: „szybciej”.

    Ale mam też inne marzenie. Żeby choć na chwilę na trasie zwolnić wzrok. Spojrzeć na krajobraz. Złapać oddech nie tylko w płucach, ale i w głowie. Bo jadę tam nie tylko po tytuł „ultramaratończyka”. Jadę po doświadczenie.

    Po co więc ten pośpiech?

    Może czasem jest potrzebny. Może czasem pcha nas dalej. Ale może równie często warto zwolnić. Zobaczyć. Poczuć. Zatrzymać się na moment — nawet w biegu. Bo najpiękniejsze rzeczy na trasie rzadko dzieją się na mecie.

    Dzieją się pomiędzy. W ciszy lasu. W śladach sarny na śniegu. W oddechu, który mówi: „jest dobrze”. I może właśnie o to chodzi.

    Do zobaczenia na szlaku 🌲🏃‍♂️

  • #2 – Padwa. O biegu, który był powrotem

    Nie każdy maraton zaczyna się na linii startu.

    Niektóre zaczynają się dużo wcześniej — w zmęczeniu, w zwątpieniu, w porzuceniu. W chwili, gdy chowasz buty do biegania na dno szafy i mówisz sobie: to już było.

    Padwa zaczęła się dla mnie właśnie tam.

    Gdy bieganie przestaje wystarczać

    Biegałem od 2012 roku. Najpierw dziesiątki, potem półmaratony, w końcu maraton. Pierwszy — w 2015. Ukończony. Odfajkowany. I paradoksalnie… pusty.

    Nie było euforii, jakiej się spodziewałem. Nie było wielkiego „teraz wszystko jest możliwe”. Było raczej ciche pytanie: i co dalej?
    A potem przyszło życie. Inne sprawy. Inne ambicje. Bieganie zaczęło blaknąć, tracić ostrość, stawać się rutyną. Wracałem do niego na chwilę, znikałem na dłużej. Aż w końcu zniknąłem niemal całkiem.

    Przez kilka lat bieganie było tylko wspomnieniem.

    Powrót nieheroiczny

    Nie wróciłem z wielkim postanowieniem. Nie wróciłem, bo „zatęskniłem”.

    Wróciłem, bo ktoś mnie zaprosił.

    Mój tata — ten sam, którego lata wcześniej namówiłem, żeby zaczął biegać — zaproponował mi dołączenie do jego grupy. Bez presji. Bez wielkich deklaracji. Po prostu: chodź, pobiegaj z nami.

    Był 2023 rok. Końcówka roku. Zimno. Cicho. Bez fajerwerków.
    Ale coś się ruszyło.

    Zacząłem biegać regularnie. Z ludźmi. W rytmie, który nie krzyczał: więcej, szybciej, mocniej, tylko szeptał: zobacz, co będzie dalej.

    Rok, który się nie wydarzył

    Plany były ambitne. Ultra. Pięćdziesiąt kilometrów. Jura krakowsko-częstochowska. 2024 rok.

    A potem przyszła operacja. Z pozoru niewielka, jednak rehabilitacja, która miała trwać kilka tygodni, trwała pół roku. Czas zawieszenia. Czas, w którym ciało mówi bardzo wyraźnie: teraz nie ty decydujesz.

    Ten rok biegowo niemal się nie wydarzył. Pojawił się jeden bieg — 27 kilometrów w terenie — bardziej jako znak, że jeszcze żyję, niż jako realizacja celu.

    Ale w tym zawieszeniu wydarzyło się coś ważnego: nauczyłem się czekać.

    Jesień, która wszystko uporządkowała

    Jesienią 2024 wróciłem do treningów z grupą. Bez szarży. Bez desperacji. Z decyzją, że tym razem nie chcę niczego wymuszać.

    Wiedziałem jedno: maraton będzie.
    Wiosenny. Za granicą. We Włoszech.

    Nie dlatego, że są szybkie.
    Dlatego, że są moje.

    Padwa pojawiła się cicho. Polecona przez Jarka — człowieka, który Włochy zna jak własne podwórko. Padwa była płaska, nieprzeludniona, trochę poza wielką mapą maratońskich marzeń. I może właśnie dlatego idealna.

    Zapisałem się szybko. Bez fanfar.
    I od tego momentu wszystko zaczęło się układać.

    Trening jako proces

    Forma rosła spokojnie, niemal niezauważalnie. Z miesiąca na miesiąc przesuwałem się w grupie do przodu. Ludzie, których wcześniej goniłem wzrokiem, zaczęli biec obok mnie.

    Największym prezentem tego okresu była świadomość, że to nie przypadek. Że to nie talent. Że to suma dziesiątek treningów, na których po prostu byłem.

    Cele ustaliłem uczciwie i powściągliwie:

    • 3:20 — minimum, które wiedziałem, że mogę dowieźć.
    • 3:15 — marzenie, jeśli dzień będzie łaskawy.

    Nie chciałem wojny z maratonem. Chciałem rozmowy.

    Padwa nie obiecuje widoków

    Padwa jako miasto nie rzuca na kolana. Jest poprawna. Spokojna. Trochę obojętna.
    I dokładnie taka była trasa: przedmieścia, miasteczka, pola, drogi bez turystycznego blichtru.

    To nie był bieg, w którym można było uciec wzrokiem.
    To był bieg, w którym trzeba było zostać w sobie.

    Podzieliłem maraton na pięć odcinków po osiem kilometrów. Nie biegłem 42 kilometrów. Biegłem kolejny fragment. I kolejny. I jeszcze jeden.

    Dźwięk, który uruchamia ciało

    Na starcie stałem pod głośnikiem. Włochy zrobiły to, co potrafią najlepiej — puściły muzykę idealnie dopasowaną do chwili.
    W uszach rozległy się dźwięki popularnej tutaj piosenki „Propaganda”.

    Ciało zareagowało szybciej niż rozum. Dreszcze. Łzy w oczach. Gęsia skórka.
    Ten moment, dla którego zapisujemy się na zawody. Ten moment, w którym wszystko jest jeszcze możliwe.

    Idealna kontrola i pierwszy kryzys

    Pierwsze kilometry były niemal sterylne. Tempo. Oddech. Zające na 3:15. Żele co 45 minut. Woda w butelkach. Idealna organizacja.

    A potem, około 28. kilometra, przyszło to, co zawsze przychodzi: zmęczenie bez dramatyzmu. Ból, który nie krzyczy, ale mówi: teraz się zaczyna.

    Zwolniłem. Świadomie. Z żalem. Ale bez paniki.

    Wiedziałem jedno: nie wolno mi stanąć.

    Kamień pod stopami i miasto przed oczami

    Ostatnie kilometry prowadziły przez miasto. Po kamieniach. Po nierównościach. Po zmęczonych nogach.
    Ale z każdą tablicą kilometrową wracała energia.

    Matematyka była po mojej stronie.
    Czas wciąż się zgadzał.

    Na ostatnich kilometrach wróciło tempo. I wróciła walka. Ta cicha, wewnętrzna. Z samym sobą.

    Meta i cisza po wszystkim

    Wbiegając na metę zobaczyłem 3:20 i przez ułamek sekundy pomyślałem, że się nie udało.
    A potem dotarło do mnie, że to czas brutto.

    3:19:51.

    Optimum.

    Kilka minut później stałem na placu i płakałem. Nie z bólu. Nie ze zmęczenia.
    Z domknięcia.

    Z tego, że coś, co miało się nie wydarzyć, wydarzyło się dokładnie tak, jak powinno.

    Dlaczego Padwa zostanie ze mną

    Nie dlatego, że była szybka.
    Nie dlatego, że była za granicą.

    Dlatego, że była uczciwa.

    Padwa nauczyła mnie, że maraton nie jest o walce z dystansem. Jest o cierpliwości wobec siebie. O zgodzie na tempo. O tym, że czasem największym zwycięstwem jest nie przyspieszyć wtedy, gdy ego tego chce.

    Wiem, że pobiegnę jeszcze wiele maratonów.
    Ale wiem też, że ten jeden — ten w Padwie — zawsze będzie tym, w którym wróciłem.

  • #1 – Nowy rok, nowy ja

    Jest 1 stycznia 2026 roku. Czas, w którym wszystkie nasze postanowienia na nowy rok, a przynajmniej znacząca ich większość, nie odeszły jeszcze w niepamięć, a nowo zakupione buty do biegania nie zdążyły porosnąć kurzem w głębokim zakamarku naszej szafy.

    Zakopane w szafie buty nie powinny być dla mnie problemem. Biegam z przerwami już od niemal 14 lat. Kiedy to piszę, sam nie wierzę, że minęło aż tyle czasu. Co ciekawe, nie nazwałbym siebie doświadczonym biegaczem. Przez większość mojej „kariery” napędzała mnie intuicja i chłopięcy zapał. Przekonanie, że mogę zrobić praktycznie wszystko. Szkoda, że nie szły one w parze z wiedzą na temat treningu oraz jego poprawnym doborem. Nie ma jednak tego złego – zorganizowane i przemyślane treningi rozpoczęłam około 2 lata temu, dołączając do grupy biegaczy oraz trenerów w moim rodzinnym mieście Łodzi. Treningi te dały mi wiele, choć cały czas czuję się nowicjuszem. Absolutnie mnie to jednak nie boli – perspektywa dalszego rozwoju i nowych wyzwań jest ekscytująca, a dopóki bieganie sprawia mi przyjemność, mogę być nawet najbardziej zieloną osobą na świecie w zakresie tego sportu.

    Nie boję się więc zakopanych w szafie butów. Bardziej zastanawia mnie natomiast, ile czasu wytrwam w postanowieniu pisania o swoich odczuciach w bieganiu. Słomiany zapał zawsze był moim silnym orężem (byłbym świetnym kompanem w walce z taką bronią u mego boku), systematycznie jednak staram się z nim walczyć. Życie przyniosło z biegiem lat zmiany, dzięki którym coraz rzadziej się z nim borykam. Z drugiej jednak strony, czy słomiany zapał zawsze musi być przeszkodą? Przecież nawet jeśli na krótki okres czasu rzucamy się w wir jakiejś czynności, w pewnym stopniu ją poznajemy, a co za tym idzie – rozwijamy się. Gdyby zebrać wszystkie takie rzeczy do kupy, to może się okazać, że choć nie zostaliśmy ekspertami w wybranych dziedzinach, to poszerzyliśmy naszą wiedzę o świecie oraz o tym, co może nam zaoferować. Innymi słowy – stajemy się ciekawszymi ludźmi.

    Niemniej jednak dołożę starań, aby ten eksperyment przetrwał próbę czasu. Blog, na którym teraz jesteście (za co serdecznie Wam dziękuję), jest w pewnym sensie moją terapią. Próbą charakteru oraz treningiem wartości, których w moim życiu brakuje, a przynajmniej nie są we mnie tak silne, jakbym tego oczekiwał. Jedną z tych wartości jest konsekwencja. Ciekawe, prawda? Wydawałoby się, że osoba biegająca na długich dystansach powinna się tą cechą odznaczać. Przecież niewytrenowany organizm nie będzie w stanie z marszu pokonać trasy maratońskiej czy też biegu górskiego z setkami metrów przewyższeń. I fakt, w ostatnim czasie zauważam poprawę na tym polu, w szczególności jeśli chodzi o obszary naprawdę ważne w moim życiu. Zawsze znajdzie się jednak pole do poprawy.

    Nie chcę pisać tutaj o używanym przeze mnie sprzęcie, sprzedawać Wam jego recenzji czy suchych faktów na temat tego, z jakiej pianki wykonano podeszwę buta. Znajdziecie wiele stron i youtuberów, którzy dostarczą Wam takiej wiedzy. Na stronach tego bloga wolę się skupić na wolnych myślach, które przepływają przez mój mózg w trakcie treningu lub podczas rozmyślania o bieganiu.

    Czas na przykład – mamy dziś drugi stycznia 2026 roku. Płynąc na fali euforii dnia wczorajszego, który upłynął mi w ogromnym stopniu na rozmyśleniach, pojechałem dziś na trening do Lasu Łagiewnickiego. Zdecydowawszy jakiś czas temu, że przyszedł czas na zwiększenie tygodniowego kilometrażu, pokonałem trasę dwudziestu kilometrów łączącą obszerny fragment rozgrywanego tutaj co roku Biegu Szakala, a także biegowe pętle regularnie pokonywane w trakcie treningów z moją grupą biegową.
    Dwadzieścia kilometrów to oczywiście znaczący odcinek, dał mi więc wiele czasu, sam na sam ze swoją głową. W tym czasie przynajmniej raz zadałem sobie pytanie – dlaczego ja w ogóle biegam? Odpowiedzi na to pytanie jest kilka i z pewnością podzielę się z Wami w przyszłości swoimi przemyśleniami na ten temat.

    Drugą połowę biegu zdominowało z kolei skupienie na dźwiękach muzyki płynącej z słuchawek. Obecnie rzadko biegam w słuchawkach (miło jest pogawędzić w końcu biegając w grupie), jednak dziś poczułem potrzebę muzyki. Na pierwszy ogień poszedł album „Reptile” Erica Claptona, a następnie jeden z moich ulubionych albumów wszechczasów – „Brothers in arms” Dire Straits. Macie tak czasami, że dźwięki konkretnego utworu przyprawiają Was o dreszcze, z niewiadomo jakiego powodu podnoszą ku górze kąciki Waszych ust. Cóż, wszechświat musi znać mnie na wylot, bo słysząc pierwsze dźwięki perkusji i gitary w utworze „Money for nothing” zacząłem niemal lecieć. Z nóg zniknął niemal cały ból, tempo naturalnie przyspieszyło, a w mojej głowie zniknęło wszystko wokół, byłem tylko ja i dźwięki tej piosenki.

    O takich rzeczach chcę tutaj pisać. Co czuję, biegając. Czym ono dla mnie jest. Co pcha nas do przodu. Mam nadzieję, że w powyższym morzu chaosu znajdziecie choć słowo, które spotka się z Waszym zainteresowaniem. Jeśli nie – trudno, będę pisać dalej.

Czy to jest twoja nowa witryna? Zaloguj się, żeby włączać funkcje administracyjne i zamknąć tę wiadomość.
Zaloguj się