Niektóre pytania przychodzą niespodziewanie. Nie wtedy, gdy analizujesz plan treningowy. Nie wtedy, gdy porównujesz wykresy tętna i tempa. Przychodzą wtedy, gdy jesteś w ruchu, ale nie pędzisz. Spacerujesz. Oddychasz. Idziesz przez las, a myśli płyną własnym rytmem.
Tak właśnie pojawiło się u mnie pytanie, które od tamtej chwili wraca regularnie:
Po co właściwie tak się spieszymy w bieganiu?
Niby proste. A jednak im dłużej o nim myślę, tym więcej widzę warstw. Zwłaszcza teraz, gdy coraz bardziej ciągnie mnie w stronę długich tras, gór, dzikiej natury i biegów, w których zegarek staje się tylko jednym z wielu elementów układanki — a nie jej centrum.
Wszyscy zaczynamy podobnie
Historia wielu biegaczy ma wspólny początek. Najpierw jest niewinna decyzja: „spróbuję pobiegać”. Potem pierwszy cel: pięć kilometrów bez zatrzymywania. Dziesięć. Pierwsze zawody. Pierwszy medal. Pierwsza meta.
Pamiętam swój debiut na 10 km w Łodzi — bieg towarzyszący maratonowi. Wbieg do Atlas Areny.
Światła. Kibice. Głośniki. Serce bijące szybciej niż nogi. I ta chwila, gdy przekraczasz linię mety, nawet z przeciętnym wynikiem — ale z poczuciem, że zrobiłeś coś dużego.
To uczucie potrafi uzależnić.
I nagle pojawia się kolejny krok. Chcę szybciej. Chcę lepiej. Chcę poprawić życiówkę. Ambicja jest naturalna. Wręcz piękna. Popycha do rozwoju. Do przekraczania granic. Ale gdzieś po drodze łatwo wpaść w pułapkę — że bieg zaczyna być wyłącznie projektem do realizacji.
I wtedy pojawia się pytanie:
Czy naprawdę muszę się tak spieszyć?
Tempo kontra doświadczanie
Treningi tempowe są potrzebne. Interwały budują formę. Akcenty rozwijają prędkość. Plan treningowy daje strukturę. Ale jest w tym wszystkim coś, czego nie da się wpisać w tabelkę. Coś, co nie mieści się w kolumnie „średnie tempo”. Bo szybkie bieganie skupia uwagę do środka.
Na oddech.
Na nogi.
Na pracę ramion.
Na tętno.
Świat zewnętrzny znika. Nie zauważysz wtedy świateł zachodu słońca między drzewami. Nie usłyszysz trzasku gałęzi pod stopami. Nie spojrzysz w oczy mijanemu biegaczowi. Nie zatrzymasz się, by powiedzieć „cześć” znajomemu na trasie.
W szybkim biegu jest moc. Ale w wolnym biegu jest obecność. A obecność bywa cenniejsza niż sekundy.
Góry uczą pokory
Gdy zacząłem coraz bardziej interesować się biegami górskimi, usłyszałem zdanie, które zapadło mi w pamięć:
„W górach nie liczy się tempo. Liczy się czas spędzony na trasie.”
I nagle wszystko stało się logiczne. W lesie, na śniegu, na błocie, na kamieniach — nie da się biec równo. Nie da się kontrolować każdej minuty na kilometrze. Trzeba słuchać terenu. Trzeba słuchać ciała. Trzeba zaakceptować zmienność. I wtedy wolniejsze bieganie przestaje być oznaką słabości. Staje się językiem, którym rozmawiasz z trasą.
Niedosyt zamiast wyczerpania
Jest jeszcze jedna idea, która mocno we mnie rezonuje: kończyć trening z lekkim niedosytem.
Tak, żeby wrócić do domu zmęczonym, ale nie zniszczonym.
Tak, żeby po prysznicu pojawiła się myśl:
„Kurczę… jutro też chcę wyjść”.
To zupełnie inna energia niż ta, gdy wracasz z treningu, siadasz i masz tylko jedno pragnienie — żeby przez dwa dni nie widzieć butów biegowych.
Bieganie wtedy staje się naturalnym rytmem życia. Nie obowiązkiem. Nie zadaniem. Czymś, na co się czeka.
Zimowy las i ślady sarny
Kilka dni temu wyszedłem na spokojne, piętnastokilometrowe wybieganie w lesie. Trasa dobrze mi znana. Ale tego dnia las wyglądał inaczej. Śnieg. Cisza. Miękka biała warstwa przykrywająca wszystko. Pod stopami nierówno. Momentami ślisko. Buty mokre. Palce chłodne. Biodra i stabilizacja pracujące non stop. Technicznie — trudny trening. Ale w głowie… spokój.
W pewnym momencie odbiegłem nieco od grupy. Przede mną pusta ścieżka — nienaruszona, jakby nikt jeszcze tego dnia tamtędy nie szedł. Gładka pierzyna śniegu. A po kilku metrach — ślady. Małe, lekkie. Sarna.
I nagle coś kliknęło.
Wyobraźnia podsunęła obraz: biegnę za nią. Tropię ją. Jestem częścią lasu. Oddychamy tym samym powietrzem.
To było krótkie. Ulotne.
Ale prawdziwe.
I wiem, że gdybym wtedy biegł interwały — nigdy bym tego nie przeżył.
Las jako dom biegacza
Uwielbiam biegać tam, gdzie jest więcej drzew niż ludzi. Arturówek. Las. Dzikość. Naturalność. Nie park z idealnymi alejkami. Nie asfaltowa ścieżka między blokami. Tylko ziemia. Korzenie. Zapach igliwia. Szum wiatru. Zmieniające się pory roku.
W takich miejscach przypominam sobie, że bieganie nie zostało wymyślone na stadionie. Zostało wynalezione w naturze.
Ciało pamięta.
Toskania — bieg i podróż
Przede mną wyzwanie: bieg górski w Toskanii. Region, który uwielbiam. Wzgórza, winnice, oliwki, kamienne miasteczka, ciepło ludzi i zapach lokalnej kuchni.
Wiem, że będzie ciężko. Wiem, że przyjdą kryzysy. Wiem, że ambicja będzie szeptać: „szybciej”.
Ale mam też inne marzenie. Żeby choć na chwilę na trasie zwolnić wzrok. Spojrzeć na krajobraz. Złapać oddech nie tylko w płucach, ale i w głowie. Bo jadę tam nie tylko po tytuł „ultramaratończyka”. Jadę po doświadczenie.
Po co więc ten pośpiech?
Może czasem jest potrzebny. Może czasem pcha nas dalej. Ale może równie często warto zwolnić. Zobaczyć. Poczuć. Zatrzymać się na moment — nawet w biegu. Bo najpiękniejsze rzeczy na trasie rzadko dzieją się na mecie.
Dzieją się pomiędzy. W ciszy lasu. W śladach sarny na śniegu. W oddechu, który mówi: „jest dobrze”. I może właśnie o to chodzi.
Do zobaczenia na szlaku 🌲🏃♂️