Nie każdy maraton zaczyna się na linii startu.
Niektóre zaczynają się dużo wcześniej — w zmęczeniu, w zwątpieniu, w porzuceniu. W chwili, gdy chowasz buty do biegania na dno szafy i mówisz sobie: to już było.
Padwa zaczęła się dla mnie właśnie tam.
Gdy bieganie przestaje wystarczać
Biegałem od 2012 roku. Najpierw dziesiątki, potem półmaratony, w końcu maraton. Pierwszy — w 2015. Ukończony. Odfajkowany. I paradoksalnie… pusty.
Nie było euforii, jakiej się spodziewałem. Nie było wielkiego „teraz wszystko jest możliwe”. Było raczej ciche pytanie: i co dalej?
A potem przyszło życie. Inne sprawy. Inne ambicje. Bieganie zaczęło blaknąć, tracić ostrość, stawać się rutyną. Wracałem do niego na chwilę, znikałem na dłużej. Aż w końcu zniknąłem niemal całkiem.
Przez kilka lat bieganie było tylko wspomnieniem.
Powrót nieheroiczny
Nie wróciłem z wielkim postanowieniem. Nie wróciłem, bo „zatęskniłem”.
Wróciłem, bo ktoś mnie zaprosił.
Mój tata — ten sam, którego lata wcześniej namówiłem, żeby zaczął biegać — zaproponował mi dołączenie do jego grupy. Bez presji. Bez wielkich deklaracji. Po prostu: chodź, pobiegaj z nami.
Był 2023 rok. Końcówka roku. Zimno. Cicho. Bez fajerwerków.
Ale coś się ruszyło.
Zacząłem biegać regularnie. Z ludźmi. W rytmie, który nie krzyczał: więcej, szybciej, mocniej, tylko szeptał: zobacz, co będzie dalej.
Rok, który się nie wydarzył
Plany były ambitne. Ultra. Pięćdziesiąt kilometrów. Jura krakowsko-częstochowska. 2024 rok.
A potem przyszła operacja. Z pozoru niewielka, jednak rehabilitacja, która miała trwać kilka tygodni, trwała pół roku. Czas zawieszenia. Czas, w którym ciało mówi bardzo wyraźnie: teraz nie ty decydujesz.
Ten rok biegowo niemal się nie wydarzył. Pojawił się jeden bieg — 27 kilometrów w terenie — bardziej jako znak, że jeszcze żyję, niż jako realizacja celu.
Ale w tym zawieszeniu wydarzyło się coś ważnego: nauczyłem się czekać.
Jesień, która wszystko uporządkowała
Jesienią 2024 wróciłem do treningów z grupą. Bez szarży. Bez desperacji. Z decyzją, że tym razem nie chcę niczego wymuszać.
Wiedziałem jedno: maraton będzie.
Wiosenny. Za granicą. We Włoszech.
Nie dlatego, że są szybkie.
Dlatego, że są moje.
Padwa pojawiła się cicho. Polecona przez Jarka — człowieka, który Włochy zna jak własne podwórko. Padwa była płaska, nieprzeludniona, trochę poza wielką mapą maratońskich marzeń. I może właśnie dlatego idealna.
Zapisałem się szybko. Bez fanfar.
I od tego momentu wszystko zaczęło się układać.
Trening jako proces
Forma rosła spokojnie, niemal niezauważalnie. Z miesiąca na miesiąc przesuwałem się w grupie do przodu. Ludzie, których wcześniej goniłem wzrokiem, zaczęli biec obok mnie.
Największym prezentem tego okresu była świadomość, że to nie przypadek. Że to nie talent. Że to suma dziesiątek treningów, na których po prostu byłem.
Cele ustaliłem uczciwie i powściągliwie:
- 3:20 — minimum, które wiedziałem, że mogę dowieźć.
- 3:15 — marzenie, jeśli dzień będzie łaskawy.
Nie chciałem wojny z maratonem. Chciałem rozmowy.
Padwa nie obiecuje widoków
Padwa jako miasto nie rzuca na kolana. Jest poprawna. Spokojna. Trochę obojętna.
I dokładnie taka była trasa: przedmieścia, miasteczka, pola, drogi bez turystycznego blichtru.
To nie był bieg, w którym można było uciec wzrokiem.
To był bieg, w którym trzeba było zostać w sobie.
Podzieliłem maraton na pięć odcinków po osiem kilometrów. Nie biegłem 42 kilometrów. Biegłem kolejny fragment. I kolejny. I jeszcze jeden.
Dźwięk, który uruchamia ciało
Na starcie stałem pod głośnikiem. Włochy zrobiły to, co potrafią najlepiej — puściły muzykę idealnie dopasowaną do chwili.
W uszach rozległy się dźwięki popularnej tutaj piosenki „Propaganda”.
Ciało zareagowało szybciej niż rozum. Dreszcze. Łzy w oczach. Gęsia skórka.
Ten moment, dla którego zapisujemy się na zawody. Ten moment, w którym wszystko jest jeszcze możliwe.
Idealna kontrola i pierwszy kryzys
Pierwsze kilometry były niemal sterylne. Tempo. Oddech. Zające na 3:15. Żele co 45 minut. Woda w butelkach. Idealna organizacja.
A potem, około 28. kilometra, przyszło to, co zawsze przychodzi: zmęczenie bez dramatyzmu. Ból, który nie krzyczy, ale mówi: teraz się zaczyna.
Zwolniłem. Świadomie. Z żalem. Ale bez paniki.
Wiedziałem jedno: nie wolno mi stanąć.
Kamień pod stopami i miasto przed oczami
Ostatnie kilometry prowadziły przez miasto. Po kamieniach. Po nierównościach. Po zmęczonych nogach.
Ale z każdą tablicą kilometrową wracała energia.
Matematyka była po mojej stronie.
Czas wciąż się zgadzał.
Na ostatnich kilometrach wróciło tempo. I wróciła walka. Ta cicha, wewnętrzna. Z samym sobą.
Meta i cisza po wszystkim
Wbiegając na metę zobaczyłem 3:20 i przez ułamek sekundy pomyślałem, że się nie udało.
A potem dotarło do mnie, że to czas brutto.
3:19:51.
Optimum.
Kilka minut później stałem na placu i płakałem. Nie z bólu. Nie ze zmęczenia.
Z domknięcia.
Z tego, że coś, co miało się nie wydarzyć, wydarzyło się dokładnie tak, jak powinno.
Dlaczego Padwa zostanie ze mną
Nie dlatego, że była szybka.
Nie dlatego, że była za granicą.
Dlatego, że była uczciwa.
Padwa nauczyła mnie, że maraton nie jest o walce z dystansem. Jest o cierpliwości wobec siebie. O zgodzie na tempo. O tym, że czasem największym zwycięstwem jest nie przyspieszyć wtedy, gdy ego tego chce.
Wiem, że pobiegnę jeszcze wiele maratonów.
Ale wiem też, że ten jeden — ten w Padwie — zawsze będzie tym, w którym wróciłem.
Dodaj komentarz