#1 – Nowy rok, nowy ja

Jest 1 stycznia 2026 roku. Czas, w którym wszystkie nasze postanowienia na nowy rok, a przynajmniej znacząca ich większość, nie odeszły jeszcze w niepamięć, a nowo zakupione buty do biegania nie zdążyły porosnąć kurzem w głębokim zakamarku naszej szafy.

Zakopane w szafie buty nie powinny być dla mnie problemem. Biegam z przerwami już od niemal 14 lat. Kiedy to piszę, sam nie wierzę, że minęło aż tyle czasu. Co ciekawe, nie nazwałbym siebie doświadczonym biegaczem. Przez większość mojej „kariery” napędzała mnie intuicja i chłopięcy zapał. Przekonanie, że mogę zrobić praktycznie wszystko. Szkoda, że nie szły one w parze z wiedzą na temat treningu oraz jego poprawnym doborem. Nie ma jednak tego złego – zorganizowane i przemyślane treningi rozpoczęłam około 2 lata temu, dołączając do grupy biegaczy oraz trenerów w moim rodzinnym mieście Łodzi. Treningi te dały mi wiele, choć cały czas czuję się nowicjuszem. Absolutnie mnie to jednak nie boli – perspektywa dalszego rozwoju i nowych wyzwań jest ekscytująca, a dopóki bieganie sprawia mi przyjemność, mogę być nawet najbardziej zieloną osobą na świecie w zakresie tego sportu.

Nie boję się więc zakopanych w szafie butów. Bardziej zastanawia mnie natomiast, ile czasu wytrwam w postanowieniu pisania o swoich odczuciach w bieganiu. Słomiany zapał zawsze był moim silnym orężem (byłbym świetnym kompanem w walce z taką bronią u mego boku), systematycznie jednak staram się z nim walczyć. Życie przyniosło z biegiem lat zmiany, dzięki którym coraz rzadziej się z nim borykam. Z drugiej jednak strony, czy słomiany zapał zawsze musi być przeszkodą? Przecież nawet jeśli na krótki okres czasu rzucamy się w wir jakiejś czynności, w pewnym stopniu ją poznajemy, a co za tym idzie – rozwijamy się. Gdyby zebrać wszystkie takie rzeczy do kupy, to może się okazać, że choć nie zostaliśmy ekspertami w wybranych dziedzinach, to poszerzyliśmy naszą wiedzę o świecie oraz o tym, co może nam zaoferować. Innymi słowy – stajemy się ciekawszymi ludźmi.

Niemniej jednak dołożę starań, aby ten eksperyment przetrwał próbę czasu. Blog, na którym teraz jesteście (za co serdecznie Wam dziękuję), jest w pewnym sensie moją terapią. Próbą charakteru oraz treningiem wartości, których w moim życiu brakuje, a przynajmniej nie są we mnie tak silne, jakbym tego oczekiwał. Jedną z tych wartości jest konsekwencja. Ciekawe, prawda? Wydawałoby się, że osoba biegająca na długich dystansach powinna się tą cechą odznaczać. Przecież niewytrenowany organizm nie będzie w stanie z marszu pokonać trasy maratońskiej czy też biegu górskiego z setkami metrów przewyższeń. I fakt, w ostatnim czasie zauważam poprawę na tym polu, w szczególności jeśli chodzi o obszary naprawdę ważne w moim życiu. Zawsze znajdzie się jednak pole do poprawy.

Nie chcę pisać tutaj o używanym przeze mnie sprzęcie, sprzedawać Wam jego recenzji czy suchych faktów na temat tego, z jakiej pianki wykonano podeszwę buta. Znajdziecie wiele stron i youtuberów, którzy dostarczą Wam takiej wiedzy. Na stronach tego bloga wolę się skupić na wolnych myślach, które przepływają przez mój mózg w trakcie treningu lub podczas rozmyślania o bieganiu.

Czas na przykład – mamy dziś drugi stycznia 2026 roku. Płynąc na fali euforii dnia wczorajszego, który upłynął mi w ogromnym stopniu na rozmyśleniach, pojechałem dziś na trening do Lasu Łagiewnickiego. Zdecydowawszy jakiś czas temu, że przyszedł czas na zwiększenie tygodniowego kilometrażu, pokonałem trasę dwudziestu kilometrów łączącą obszerny fragment rozgrywanego tutaj co roku Biegu Szakala, a także biegowe pętle regularnie pokonywane w trakcie treningów z moją grupą biegową.
Dwadzieścia kilometrów to oczywiście znaczący odcinek, dał mi więc wiele czasu, sam na sam ze swoją głową. W tym czasie przynajmniej raz zadałem sobie pytanie – dlaczego ja w ogóle biegam? Odpowiedzi na to pytanie jest kilka i z pewnością podzielę się z Wami w przyszłości swoimi przemyśleniami na ten temat.

Drugą połowę biegu zdominowało z kolei skupienie na dźwiękach muzyki płynącej z słuchawek. Obecnie rzadko biegam w słuchawkach (miło jest pogawędzić w końcu biegając w grupie), jednak dziś poczułem potrzebę muzyki. Na pierwszy ogień poszedł album „Reptile” Erica Claptona, a następnie jeden z moich ulubionych albumów wszechczasów – „Brothers in arms” Dire Straits. Macie tak czasami, że dźwięki konkretnego utworu przyprawiają Was o dreszcze, z niewiadomo jakiego powodu podnoszą ku górze kąciki Waszych ust. Cóż, wszechświat musi znać mnie na wylot, bo słysząc pierwsze dźwięki perkusji i gitary w utworze „Money for nothing” zacząłem niemal lecieć. Z nóg zniknął niemal cały ból, tempo naturalnie przyspieszyło, a w mojej głowie zniknęło wszystko wokół, byłem tylko ja i dźwięki tej piosenki.

O takich rzeczach chcę tutaj pisać. Co czuję, biegając. Czym ono dla mnie jest. Co pcha nas do przodu. Mam nadzieję, że w powyższym morzu chaosu znajdziecie choć słowo, które spotka się z Waszym zainteresowaniem. Jeśli nie – trudno, będę pisać dalej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Czy to jest twoja nowa witryna? Zaloguj się, żeby włączać funkcje administracyjne i zamknąć tę wiadomość.
Zaloguj się